Loading...

Islandia część 4

/, Landscape, Travel/Islandia część 4

Islandia część 4

21.06  Kierujemy się w stronę półwyspu Vatnsnes gdzie zamierzamy podziwiać Hvitsercur -15 metrową skałę wystającą z morza a po prawdzie pijącego wodę olbrzymiego Trolla .

Nadziewamy się na pogodę iście patagońską (wiem bo byłem gdy to piszę ) czyli wiatr i deszcz tną niemiłosiernie po oczach, i tylko bawiące się w wodzie foki uczą nas relatywizmu – że co dla jednych paskudne dla innych urocze. Czarny pył i krople deszczu nie dają większych szans na dobrą fotę, może chociaż jedna wyjdzie bez plam. Pędzimy dalej ku zaznaczonemu na mapie gorącemu oczku.  Gdy Wera z Grzesiem zażywają kąpieli ja idę nad brzeg grenlandzkiego morza – nacieszyć się jego surowym widokiem. Tymczasem wzbiera huraganowy wiatr, Wera upada przy wychodzeniu ze źródełka, tłucze sobie mały palec – biedna ledwie może chodzić. Na poprawę nastroju jedziemy do drugiego po Reykiaviku dużego islandzkiego miasteczka – Akureyri. W planach mamy degustację sławnego Systira. O drugiej w nocy  decydujemy się szukać noclegu na dziko, po drodze trafiamy na przepiękny wodospad Godafoss – skąpany właśnie we wschodzącym słońcu – czysta poezja dla oczu. Nocleg znajdujemy nad rzeką – zegarek pokazuje czwartą nad ranem. Padam.

22.06  Piękna pogoda trwa nadal , zwiedzamy okolice turkusowego  jeziora Myvatn a także wspinamy się na olbrzymi wulkan Hverfjall, otacza nas dookoła marsjańsko -księżycowy krajobraz -warto było tu przyjechać, wieczorem podziwiamy  tęczowy wodospad Dettiffos – znany choćby z filmu Prometeusz. Dziwna to kraina gdzie zachód słońca przechodzi we wschód. Na niebie chmury przypominają statki ufo, przez chwilę myślimy że to jakiś kosmiczny zlot. W dali niczym mongolski namiot majaczy wulkan Askja. Nocujemy w Hrafnafell

Jadąc drogą na wschód, podziwiamy rajskie  krajobrazy spowite w nieziemskie pomarańczowe światło. Poza tym to piekielne  pustkowie. Nawet wszędobylskich owiec brak. Żadnych domostw. Tak musi wyglądać Mars.Vestrahorn 24.06  Piękny pogodny poranek, ale dzień zaczyna się pechowo. Wera przez przypadek usuwa wszystkie swoje nagrania z drona, no robi się gorąco – zachowawczo schodzimy Jej z drogi. Lądujemy w cafe-potrzebujemy  dobrego WI/FI, testujemy różne programiki do odzyskiwania danych. Godzina mija za godziną, butelki piwa po 1000 koron schładzają nam umysły-niestety walka przegrana-nie ostatnia tego dnia. Nasi przegrywają 3:0 to dopiero ból.  Zostajemy tu na noc, rozbijając namioty w deszczu. Noc ma być bardzo wietrzna, zapobiegliwie wspieramy namioty ciężkimi kamiorami. Koło drugiej w nocy piekielny wiatr łamie nasz duży namiot, po paru godzinach udręki ratujemy się ucieczką do auta.

25.06  Rano zwiedzamy najładniejszą część przylądka  Stokksnes z widokiem na góry Vestrahorn. Ponieważ jest to teren prywatny wejściówki słono kosztują, my cenę mamy  wliczoną w nocleg – tak jest taniej. W pobliżu znajduje się baza NATO -z kulami radarów jak z Gwiezdnych Wojen. Czarne wydmy strzegą dostępu do rajskiego widoku – w stronę strzelistych grani Batman Mountain. Noc dała nam popalić, zmęczenie przekłada się na  odbiór tego miejsca- zmykamy dalej na południe. Jedziemy zobaczyć słynną błękitną lagunę Jökulsárlón. Najpierw mega parking -w końcu to jedna z głównych „have to be ” islandzkich miejscówek. Ludzie kupują bilety na amfibie z zamiarem pływania po zatoce. Miejsce wita nas  po islandzku deszczem i chłodem – cóż taka karma. Mimo aury podziwiamy błękitne góry lodowe sunące po zatoczce, oraz drobne kryształy lodu wyrzucone na brzeg wraz ze skrzącym promykiem światła w środku. W rękawicach rozkładam statyw, łapiąc lodowe kamyki na długim czasie. Grisza próbuje zrobić makro dosłownie leżąc na śniegu. Cali zziębnięci i mokrzy wracamy do auta. Słońca nam trza.

26.06  Jest i wymarzone słońce. Rankiem wchodzimy na  czarny piasek Rejnisfiary. Zakątek pięknie pokazany w filmie z  Russelem Crowe – „Noe”. Słynie również z morderczych fal „sneak waves ” które zabrały niejedno turystyczne życie. Pobliskie kadry wypełnia sesja ślubna chińskiej  pary. Ja podchodzę ostrożnie do morza -byle nie za blisko. Jest tu niezwykle pięknie. Wera z Grzesiem biegną po plaży. Cóż trzeba więcej do szczęścia? Po obiedzie szukamy naturalnego gorącego źródełka, a znajdujemy sztuczne Jacuzzi w Sundlaug. Po dwóch godzinach moczenia kochanego ciałka dwutygodniowe przemarznięcie odeszło w niepamięć.

27.06  Godzina 7.00 rano a my podziwiamy grzmiący Gullfoss, pokora to jego imię. Olbrzymi wodny smok, toczy kaskadowe wody wśród  huku i kropelkowej pary unoszonej przez wiatr wysoko jak najwyżej. Grisza zabiera nas na przepyszne bananowe lody-słynne na cała okolicę.  Robione są w gospodarstwie agroturystycznym hodującym konie i krowy. Wera zakochuje się w cielątku. To ostatnie nasze chwile na Islandii, szwędamy się ulicami Reykaviku chłonąc lokalną atmosferę. Obowiązkowo kosztujemy lokalnego piwa i robimy seflika przy katedrze Hallgrimskirkja. Szkoda wyjeżdżać. Ostatnia noc na campingu, pakowanie i podróż  taksówką na lotnisko. Wera z Griszą odlatują do Edynburgha o 12.30 – ja mieszkam na lotnisku do wieczora- poznając lokalny personel, często polski. O 3 w nocy jestem w Katowicach skąd ostatnim busem jadę do Krakowa. Dom. Ciepło.

By | 2020-02-22T11:11:02+01:00 21 lutego, 2020|FOTO, Landscape, Travel|0 komentarzy

Zostaw komentarz

error: Content is protected !!